Przeskocz nawigację
 

W miejscu, gdzie dziś na opolskim placu Teatralnym (dawniej Lenina) stoją bloki mieszkalne, teatr i przylegająca doń Galeria Sztuki Współczesnej - dawno temu był plac targowy. Ale kiedy naprzeciwko targowiska, po drugiej stronie pryncypalnej ulicy Ozimskiej wybudowano siedzibę dla wojewódzkiej władzy partyjnej, handel przegoniono na plac Armii Czerwonej (dziś Kopernika), no bo nie wypadało, żeby vis a vis siły przewodniej panoszyli się obcy klasowo prywaciarze dostarczający opolskim mieszczuchom wołowinę bez kości, kartofle bez azotoksu i nabiał od ciemnego chłopa.

Jednym z pionierów organizującego się w latach 50-tych opolskiego środowiska plastycznego był Antoni Ganczarski, później długoletni redaktor graficzny ?Trybuny Opolskiej". Wśród fuch, jakimi plastycy sponsorowali własne rodziny oraz własną twórczość, Ganczarskiemu trafiło się - przed którymś 1 Maja - wymalowanie kilku haseł na różnych dobrze eksponowanych miejskich murach. Ale roztargniony Ganczarski pomylił lokalizacje i obstalowane przez Partię modne swego czasu hasło BYLIŚMY, JESTEŚMY, BĘDZIEMY wykaligrafował wielkimi literami na zewnętrznym murze aresztu śledczego. A w Opolu areszt jest w śródmieściu.

Z plastyków najwcześniej w powojennym  Opolu osiedli:  grafik Władysław Początek z rzeszowskiego, rzeźbiarz Antoni Mehl z Dobrzenia Wielkiego i jego żona Katarzyna, malarz Stanisław Łańcucki, a w 1946 dołączyli malarze: Józef Szyller, Bronisław Gniazdowski, Stanisław Babczyszyn, malarz i fotografik Stanisław Bober...

Prawdziwe uderzenie ?malarii" na Opole przyszło z Krakowa. Pierwszy zaciąg z krakowskiej ASP, z roku 1954, to malarze Jerzy Beski, Przybysław Krajewski, Ernest Kulik, Franciszek Pikuła, Marian Szczerba oraz rzeźbiarz Marian Nowak. Dołączyli do nich Tadeusz Wencel i Józef Niedźwiecki - opolanie kończący ASP w Warszawie, z Wrocławia zjechał architekt wnętrz Adam Zbiegieni... Parę lat później Opole zasila kolejna grupa krakowskich absolwentów: Krzysztof Bucki, Bogumił Buczyński, ,Ryszard Kowal, Wincenty Maszkowski, Jan Szczyrba...

 

Artystyczna rezerwa kadrowa

Kilku przybyłych wtedy do Opola plastyków znalazło etat w organizującym się liceum plastycznym zwanym ?Plastyczniakiem". W tym roku szkoła obchodzi 50-lecie. Próbuje się do dziś w ?Plastyczniaku"  nauczyć młodych artystów także zasad ortografii oraz tabliczki mnożenia i kilka razy to się nawet podobno udało. Nauczycielom przedmiotów ogólnokształcących w liceum plastycznym marzy się poszerzenie  programu zajęć o dodatkowe dwa przedmioty: pilność i systematyczność, których wykładowcami byliby pracownicy agencji ochrony, ale tylko ci powyżej 190 centymetrów wzrostu.

Kiedyś ?Plastyczniak" gnieździł się w jednym budynku ze szkołą muzyczną. W 1996 roku przeniósł się do okazałej, zabytkowej kamienicy na rogu Powstańców Śląskich i Strzelców Bytomskich.  Znacznie wcześniejsze związki tego budynku z ?Plastyczniakiem" uosabia  długoletni (dziś na emeryturze)  pedagog i wicedyrektor tej placówki - malarz Marian Szczerba. A było to tak.

W latach 50-tych, dzisiejszym budynkiem liceum plastycznego władało wojsko. Miało tu jakieś swoje rejonowe kancelarie. Prawdopodobnie - w związku z zamiarem malowania lamperii w rejonowej komendanturze - kontrwywiad miał za zadanie ustalić, jaki charakter ma młody malarz i rezerwista Marian Szczerba. Ale ponieważ był to kontrwywiad niezreformowany jeszcze przez Antoniego Macierewicza, więc sknocił robotę i zamiast charakteru w sensie psychologicznym - ustalił charakter pisma obywatela Szczerba Marian. Z raportu wynikało, że charakter pisma ma ten malarz dobry. No więc w ramach obowiązkowych ćwiczeń wojskowych  wcielono rezerwistę  Szczerbę do armii i posadzono w tej rejonowej kancelarii.  Któregoś dnia rejonową kancelarię w dzisiejszym budynku liceum plastycznego wizytował wojskowy komendant kancelarii wojewódzkiej. Zerknął pochylonemu rezerwiście przez ramię, zdziwił się i zapytał podchwytliwie: -Wy  kto? Rezerwista Marian Szczerba regulaminowo zameldował, że ma dyplom plastyka.

-Malarz znaczy!- popisał się pułkownik wiedzą zdobytą najprawdopodobniej w Moskwie. - Ścienny czy artysta?

Usłyszawszy, że artysta, zadysponował przenosiny rezerwisty na ulicę Katowicką, do upiększania wojskowego klubu.

 

Wieszano obrazy, zdejmowano kierowników

Rozpoczynające działalność Opolskie Biuro Wystaw Artystycznych dostało w 1958 r. siedzibę w budynku przy ul. Ozimskiej 10. Za Niemca była tu restauracja Kaiser Crone. BWA zainaugurowało działalność prezentacją prac  Jana Stasiniewicza (wernisaż - 2o listopada 1958 r.).

Od 23 października 1958 roku funkcję kierownika BWA sprawował Ignacy Paprotny. Jeszcze parę lat wcześniej ludzie z jego życiorysem tkwili na przymusowym marginesie lub w więzieniach. W 1939 wywieziony do Niemiec, trzykrotne ucieczki, wreszcie przez Węgry do Francji, tam wstępuje do wojska polskiego, potem Anglia, Irak, Palestyna, Egipt, Włochy.... Do Polski wraca w 1948, trzy lata później trafia do Opola.

Ignacego Paprotnego na stanowisku kierownika zastąpił znienacka Józef Nurkowski, człowiek bez artystycznych ciągot. Do BWA trafił z jakiegoś ważnego wojewódzkiego stołka. Jedni mówią, że za coś Partii podpadł, inni - że musiał ustąpić miejsca komuś bardziej władzy miłemu. Na osłodę nowemu szefowi BWA zmieniono nazwę: otrzymał tytuł dyrektora, a nie jak dotąd - gorzej brzmiącego kierownika. Zastępcą dyrektora zrobiono Paprotnego, który przetrwał na tej funkcji do emerytury.

Rezerwat artystów i jeleni

Nie samymi wystawami plastycy żyli. Władza opolska dała środowiskom twórczym  we władanie budynek w rynku. W kamieniczce tej na piętrze pokoiki zajęły organizacje i stowarzyszenia zaliczane do twórczych, a na parterze otworzono salę klubową i bufet z wyszynkiem. Ten parter to właśnie  słynny swego czasu w Opolu Klub Związków Twórczych (KZT).

Artyści, przynajmniej niektórzy, to był dla socjalizmu dość niebezpieczny element, bo narzekać potrafił nie tylko na puste haki w masarniach. Twierdzili więc niektórzy, że opolska władza z przebiegłości i troski o socjalizm stworzyła Klub Związków Twórczych, żeby to był taki rezerwat, do którego wstęp mają wyłącznie  artyści. - I jelenie! - uchwalili artyści i zapisali w statucie klubu, że oprócz członków rzeczywistych  będą też legitymacje sympatyka, a ponadto każdy rzeczywisty ma prawo wprowadzić osobę towarzyszącą. ?Sympatykami" byli najczęściej tzw. jelenie, czyli obywatele pozaartystycznych profesji, którzy lubili artystom stawiać i mieli za co. Osoby towarzyszące rekrutowały się  na ogół z co ładniejszych studentek i różnych okolicznościowych niewiast, których uczelnią było życie.

 

Klubowa galeria bywalców i gości

Z plastyków stałym bywalcem KZT był niezwykle utalentowany grafik Zdzisław Chudy: po zajęciach w liceum plastycznym wpadał tu na przedłużającą się chwilę. Zdarzało się i tak, że przyprowadzano mu z drugiego kąta klubowej sali klienta na mający za chwilę powstać rysunek, a uzyskane tym sposobem honorarium szło na przelew, czyli pokrycie rachunku w bufecie..

Z rzadka i zawsze w przyzwoitych porach Klub odwiedzał Władysław Początek. On w latach 50-tych wydeptywał u władz ten Dom Związków Twórczych, długie lata prezesował plastykom. My, dziennikarze, też tytułowaliśmy go prezesem. Pana Władysława darzyliśmy wielkim szacunkiem, ale był dla nas trochę egzotyczny, bo pogodzony z życiem i realiami, cieszący się sukcesami innych, wciąż zabiegający o sprawy nie tylko plastyków.

Jan Szczyrba do KZT przybywał nie za często, ale jak już przyszedł, to był i był. Przychodził w towarzystwie naturszczyków o powierzchowności cokolwiek menelskiej. Kiedy w latach 90-tych polski kapitalizm urynkowił także świat sztuki - Szczyrba próbował być swoim impresario. Przyszła kiedyś do jego pracowni para nobliwych klientów, przed jednym z obrazów stanęli dłużej, wyraźnie zauroczeni. Więc Szczyrba, żeby ich jeszcze bardziej zachęcić do kupna tego obrazu, opowiada z rozmarzeniem w głosie o tej kopenhaskiej uliczce, którą na obrazie uwiecznił: - Przepiękna to, proszę szanownych państwa, ulica: burdel, knajpa, burdel, knajpa. Po obu stronach!

Malarz Krzysztof Bucki, przez wielu krytyków sztuki traktowany jako numer jeden opolskiej plastyki, w KZT bywał rzadko, wpadał na krótko, pijał tu tyle, co abstynenci. Pamiętam jeden wyjątek. Podczas zakończonych polskim sukcesem monachijskich  mistrzostw świata w piłce nożnej, Bucki przychodził do KZT pooglądać mecze w telewizorze. Postanowiliśmy przed jednym meczem grzecznie, że naparsteczek przy początkowym gwizdku sędziego, a potem nic a nic, chyba że nasi strzelą gola. I oto od pewnego momentu ten mecz zaczęto - wbrew przepisom FIFA- rozgrywać dwoma piłkami naraz, a piłkarzy wbiegło na boisko tylu, że z trudem mieścili się na ogromnym ekranie klubowego telewizora. Tego dnia nasi grali akurat z Haiti. Na drugi dzień ze zdumieniem przeczytałem w gazecie, że mecz, który oglądałem, zakończył się aż 7:0 dla orłów Górskiego.

 

Posierpniowy obraz w pogrudniowych ramach

 

Sierpniowy zryw 198o roku nie ominął, rzecz jasna, Opolszczyzny.

Nie tylko anonimowi plastycy-amatorzy, wymalowujący nocą na murach PRECZ Z KOMUNĄ, starali się dotrzymać kroku wydarzeniom. Próbowali także zawodowi plastycy, wspierając poczynania ?Solidarności".

Nastał stan wojenny, rozwiązanie związków twórczych, tworzenie się nowych (tzw. neozwiązków), podziały w środowiskach (ze złymi skutkami do dziś)...Drobiazg, ale jakże charakterystyczny: w 1984 roku na wystawie w BWA zaprezentowano także obraz nieżyjącej już wtedy Anny Wyrwisz z Prudnika, zatytułowany ?Ku światłu". Ten przemysłowy pejzaż przykuwał uwagę zwiedzających nie tyle malarską atrakcyjnością, ile małym prostokątnym papierkiem przysłaniającym kawałek dzieła. Oczywiście publika odkleiła ten pasek przymocowany przed wernisażem na polecenie dyrektora i zobaczyła ukrytego pod papierkiem diabła w postaci napisu ?SOLIDARNOŚĆ".

Nadszedł czas Okrągłego Stołu, potem zmiana ustroju. Nowa władza, według nowego klucza, rozdaje wpływy, stanowiska i majątek; coś tam likwiduje, coś prywatyzuje, coś przekształca.

Zaczęta z końcem roku 1991 likwidacja BWA zaowocowała w marcu roku następnego powołaniem Galerii Sztuki Współczesnej, jako kontynuatorki wszystkich działań poprzednika. Tyle tylko, że w znacznie uszczuplonym zespole (z 4o osób pozostało 11), z dużo mniejszą powierzchnią wystawową (utrata salonu przy Ozimskiej) i magazynową. Załoga, otrzymawszy możliwość wyboru szefa ze swego grona - wytypowała Władysława Łozowskiego.  Ten absolwent wychowania plastycznego cieszyńskiej filii UŚ, w opolskim BWA pracę zaczynał w latach 70-tych jako montażysta. Funkcję dyrektora tej placówki będzie pełnił przez dwa lata, do roku 1994, kiedy to w październiku  szefem Galerii Sztuki Współczesnej w Opolu zostaje Anna Potocka.

Nie była zrzutem z zewnątrz. Pochodzi z podopolskich Czarnowąsów, kończyła opolskie liceum plastyczne. Po studiach (Uniwersytet Wrocławski, historia sztuki) pracę zawodową w 1980 roku zaczynała w bytomskim muzeum, jako asystent muzealny. Placówka dobra, ceniona, z mocną pozycją na muzealnej mapie, ale kto choć trochę zna Potocką ten wie, że muzeum to miejsce pracy nie na jej temperament, pomysły, ekspansywność. Do opolskiego BWA przeniosła się w roku 1982, zaczynając jako kierownik działu oświatowego. Teraz przyszło jej tą placówką pokierować.

 

Galeria Sztuki Przetrwania

Sfera, zwana za ?komuny" nadbudową, zaczęła w nowym ustroju piszczeć najcieniej. A nie był to pisk rozkoszy. Mecenat państwa nad kulturą i sztuką uznano za czerwony przeżytek, sensowne działania Balcerowicza przydusiły możliwości nabywcze ludności także w zakresie dóbr kultury, polskiego kapitalisty z epoki straganów na łóżkach polowych jeszcze nie stać było (materialnie i mentalnie) na matkowanie artystom, ?Desa" przegrywała konkurencję z komisami samochodowymi oferującymi wprawdzie eksponaty trochę młodsze, ale za to bardziej przydatne.

Artystom niewidzialna ręka rynku na dzień dobry pokazała ?figę". No więc także opolska Galeria Sztuki Współczesnej musiała zacząć uprawiać modny wtedy w całym kraju nurt prawdziwej sztuki współczesnej: sztukę przetrwania.

Anna Potocka zaczęła od porządkowania spraw własnościowych, robienia porządków w ?papierach", budowania podstaw działalności opartej nie na widzimisię zwierzchników, ale na racjonalnym zbilansowaniu zadań z możliwościami.

Powoli okazywało się, że ten przebrzydły, bezwzględny kapitalizm, przy doborze właściwych ludzi i dobrej organizacji pracy, potrafi czynić rzeczy dziwne: mniejszym składem kadrowym, szukając ciągle brakujących pieniądzach w krajowych programach i unijnych funduszach, można robić nie tylko rzeczy, które Galeria robiła zawsze. Od kilku lat u Potockiej gości World Press Photo,  na zasadach współorganizatora opolska galeria prezentuje prace z krakowskiego Triennale Grafiki, ekspozycję ?Ars Polonia. Sztuka artystów z polskim rodowodem" można było zobaczyć tylko w Opolu, ?Sztuka bez granic" wpisuje Opole w europejską mapę interesujących konfrontacji artystycznych, katalogi do tutejszych wystaw objętością, zawartością i poziomem edytorskim coraz częściej przypominają albumy... Na jubileuszu opolskiej galerii mówił o tym z uznaniem minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski, dekorując placówkę i jej szefową medalami ?Gloria Artis".

 

Ściany zewnętrzne

Dwa lata temu, w wakacje, zadbany przygaleryjny placyk, służący na co dzień plenerowym ekspozycjom, stał się widownią poniedziałkowego kina letniego, z ekranem na zewnętrznej ścianie galerii. Publiczność dopisała, choć w poniedziałkowe wieczory po  ścianie nie ganiali  za bandytami Steven Seagal z Arnoldem  Schwarzeneggerem, ani  nie rozmiękczały tynku łzy kochanków rozdzielonych przez los z powodów majątkowych.  Zorganizowane przez Galerię Sztuki Współczesnej kino letnie to też swoista edukacja z zakresu sztuki, bo filmy, chociaż fabularne, dotyczyły biografii wielkich artystów, a seans główny poprzedzała multimedialna prezentacja autorstwa opolskich plastyków.

Baza to jeden z filarów działalności obejmującej przecież nie tylko funkcje wystawiennicze i edukacyjne, ale także - jak zapisano w statucie - gromadzenie dokumentacji współczesnego życia artystycznego, współpraca ze środowiskami twórczymi, ?zaspokajanie potrzeb i aspiracji społeczeństwa w dziedzinie sztuki". Drugi filar - pieniądze. Trzeci - załoga. Pieniądze (większość z ratusza, reszta ?spod ziemi") na bieżącą działalność są, ale czy ich wystarczy, aby placówka nie wyhamowała dynamicznego rozwoju i utrzymała się w krajowej czołówce?

 

Fragmenty  oryginalnego wydania:

 

 

 

Marian Buchowski

Śląsk, Miesięcznik społeczno - kulturalny, Nr 4 (162), Kwiecień 2009