
Brakuje u nas sensownego systemu sponsorowania kultury - twierdzi Anna Potocka. (fot. Sławomir Mielnik)
6-06-2008
Zanim doszło do pamiętnej obrony województwa
opolskiego w roku 1998, instytucje kultury, w tym kierowana dziś przeze mnie
Galeria Sztuki Współczesnej, przeżyły w 1992 roku swoją własną obronę. Wtedy
właśnie przestały istnieć biura wystaw artystycznych sponsorowane przez
państwo. Musieliśmy się zmierzyć z nową sytuacją i walczyć o prestiż nowej
galerii. Kiedy więc doszło do walki o utrzymanie województwa, byliśmy pełni
niepokoju.
Jako Opolanka jestem przekonana, że choć historycznie nasz region należy do
Górnego Śląska, to ma swoją odrębność. My nie pasujemy ani do Katowic, ani do
Wrocławia. Nie tylko więc życzyłam Opolszczyźnie pozostania na mapie, ale bałam
się też, że jak zabraknie naszego województwa, instytucje kultury nie dostaną
niezbędnych pieniędzy. W wielu miejscach w Polsce te instytucje padały. U nas
poważniejszych likwidacji udało się wtedy na szczęście uniknąć.
Z perspektywy lat myślę, że utrzymanie regionu było i jest dla kultury
korzystne. Odwołam się tu do osobistych doświadczeń. Pracę jako historyk sztuki
zaczynałam w muzeum w Bytomiu. Z tamtego czasu pamiętam, jak trudno było
walczyć w Katowicach o prestiż i o pieniądze dla placówki spoza stolicy
województwa.
Stolica w Berlinie
Wprawdzie nie mamy na Opolszczyźnie wielkiego przemysłu, wciąż omijają nas
duże, prestiżowe inwestycje, ale w dziedzinie kultury Opolszczyzna nie powinna
mieć żadnych kompleksów. Nasi artyści są autentycznie obecni w świecie, a
światowa sztuka jest obecna w Opolu. Właśnie teraz w galerii prezentujemy prace
19 artystów holenderskich. Z kilkorgiem z nich byłam w niedzielę na opolskim
Rynku. Kończył się właśnie bal żółto-niebieski. Byli zachwyceni. Kiedy szliśmy
podświetloną ulicą św. Wojciecha, mówili, że czują się u nas jak we Włoszech.
Opolszczyzna ich urzeka zielenią i spokojem. Bo rzeczywiście jesteśmy pięknym
regionem do zamieszkania, a dzięki autostradzie tylko krok dzieli nas od
wielkich miast i od centrów kultury - Wrocławia, Krakowa i Berlina, który
uchodzi obecnie za światową stolicę sztuki. Zresztą, kiedy do Opola
przyjeżdżają artyści z Nowego Jorku, Wenezueli czy Brazylii, odbieramy ich
najczęściej właśnie z lotniska w Berlinie. Do stolicy Niemiec nie jest może
bliżej niż do Warszawy, ale dojazd jest wygodniejszy, a ceny lotów do stolicy
Niemiec niższe.
Malkontenci powiedzą, że w Opolu nie ma artystów klasy Beksińskiego. Ale takie
porównania nie mają sensu. My mamy na przykład Bolesława Polnara, który też się
podoba w Krakowie, we Francji, Holandii, we Włoszech czy w USA. Opolscy
plastycy są chętnie oglądani na całym świecie. W przyszłym tygodniu jadę do
Berlina podpisać umowę z bardzo prestiżową berlińską galerią usytuowaną w
świetnym miejscu, bo naprzeciw Narodowej Galerii Niemieckiej. Co roku
pokazujemy tam prace opolskich artystów i święcimy triumfy. Podkreślam: mamy w
Opolu tej klasy artystów, że możemy ich bez kompleksów pokazać na całym
świecie.
Niech Warszawa do nas jedzie
I wcale nie jest tak, że autostrada i dobre opolskie drogi służą tylko Opolanom
jeżdżącym na spektakle, koncerty czy wystawy poza swoje województwo. Coraz
częściej publiczność z Polski i z zagranicy przyjeżdża do nas. Bo dobrą renomę
mają nasze teatry. Wyjeżdżają z sukcesami za granicę, a reżyserzy spoza Polski
chętnie z nimi współpracują. Duży prestiż mają odbywające się u nas
konfrontacje teatralne. Wizytówką Opolszczyzny jest tradycyjnie festiwal
piosenki. Udało się wyremontować i wyprowadzić na bardzo wysoki poziom naszą
galerię. Nie ma tygodnia, by ktoś z zagranicy nie przyjechał do nas i nie był
nią oczarowany. Bo jest to jedna z największych i najładniejszych tego typu
placówek w Polsce. W dodatku jest niekomercyjna i finansowana przez samorząd.
Prawdą jest, że nie wszyscy Opolanie o niej wiedzą i ją odwiedzają, ale to jest
skutek tego, iż coś się pogubiło w naszej edukacji. Zbyt mało uczy się w szkole
obcowania ze sztuką.
Mamy czym przyciągać do Opola publiczność z innych regionów
Polski. Tylko w Opolu można było w tym roku zobaczyć wystawę Ars Polonia. Co
dwa lata Opole będzie centrum polonijnej sztuki. Publiczność z Wrocławia czy
Częstochowy przyjeżdża do Opola na wystawę World Press Foto. Bo w tych miastach
tej ekspozycji nie ma, a w Opolu jest.
Naprawdę są powody, by do stolicy województwa kulturalna publiczność
przyjeżdżała także z Warszawy czy Krakowa. Tylko na promocję trzeba wydać dużo
pieniędzy. Taką promocję przez wielkie P przećwiczyliśmy właśnie przy okazji
wystawy "Ars Polonia. Sztuka artystów z polskim rodowodem". To jest nasz
autorski pomysł. Opole jest jedynym miastem w Polsce i jednym z nielicznych na
świecie, gdzie te prace można było zobaczyć. Przy okazji tej wystawy było o
Opolszczyźnie głośno w ogólnopolskich mediach. Postawiliśmy nasze billboardy w
większych miastach. Wystawa "Ars Polonia" udowodniła, że kultura może być
i jest promocją naszego regionu w świecie. Warto to podkreślić, że właśnie Opole
było dla wielu artystów urodzonych w Londynie lub wychowanych w Wenezueli
pierwszym miastem w ojczyźnie, które odwiedzili. Wrażenia zawieźli do nowych
ojczyzn.
Mecenas sam nie przyjdzie
Przy ambitnych planach kulturalnych, a takie mają placówki kultury na
Opolszczyźnie, pieniądze samorządowe nie wystarczają. Toteż nie siedzimy z
założonymi rękami. Zabiegamy o pieniądze z różnych funduszy i z Unii
Europejskiej. Przez trzy lata staraliśmy się o możliwość pokazania wystawy 10
opolskich artystów w galerii w Hadze prowadzonej przez największą korporację
księgowych na świecie. W przyszłym roku będziemy ją mogli tam zaprezentować.
Również za rok z pomocą Brukseli chcemy zorganizować wielki Festiwal Sztuki w
Opolu, Pradze i Poczdamie.
Potrzebne są także pieniądze ofiarowane przez biznes. O takich sponsorów trzeba
zabiegać. Prawie się nie zdarza, by biznesmen sam przyszedł do galerii czy
muzeum z gotówką. Jeśli przedsiębiorca ma dać pieniądze na kulturę, to musi to
być propozycja z najwyższej półki, żeby chciał się przy niej pokazać.
Odpowiadamy na to zapotrzebowanie. Nasza galeria od trzech lat organizuje tzw.
loże VIP-ów, a od roku wręcza prestiżową statuetkę dla mecenasa kultury na
Opolszczyźnie,
zaprojektowaną przez Ignacego Nowodworskiego. Nie można jej kupić. Dostaje się
ją tylko za zasługi. Żeby ją otrzymać, trzeba ofiarować przynajmniej 50 tys.
zł. W ubiegłym roku mogliśmy wręczyć jedną taką statuetkę. Myślę, że za 2008
będzie ich więcej. Mamy oczywiście inne formy podziękowania dla tych, którzy
wspierają kulturę Opolszczyzny mniejszymi kwotami. Jesteśmy wdzięczni za każdy
dar i za każdą współpracę.
Na Opolszczyźnie bardzo brakuje dużych inwestycji. Brak ich nie tylko z powodów
gospodarczych czy ze względu na sytuację na rynku pracy. Ich niedostatek
odczuwa także kultura. Od średnich i małych przedsiębiorstw trudno oczekiwać,
że będą wielkimi sponsorami. Ale ci przedsiębiorcy, którzy u nas są, mają
otwarte głowy. Coraz częściej członkowie klasy średniej korzystają z opolskich
placówek kultury. To jest pierwszy krok do sponsorowania. Cieszymy się, gdy
biznesmen, który już chodzi do teatru, filharmonii czy galerii, dzwoni i mówi,
że ma przyjaciela, który też prowadzi biznes i ten przyjaciel również chciałby
się pokazywać w tym środowisku. To są bardzo cenne sygnały, bo one pokazują, że
ten przedsiębiorca przestał ciułać grosz do grosza i wchodzi o piętro wyżej.
Sponsorują banki, ale nie u nas
W Polsce generalnie kultura jest finansowana przez banki. W Opolu tak nie jest,
bo tu nie ma żadnej centrali banku. Przy okazji wystawy "Ars Polonia"
zabiegałam przez pół roku o współpracę z jednym z wielkich polskich banków.
Miesiąc przed wystawą, kiedy już dawno powinnam mieć i wydać otrzymane przez
nich pieniądze, dostałam lakoniczną odpowiedź, że niestety, nie są
zainteresowani. I problem nie tylko w tym, że tych konkretnych pieniędzy nie
dostaliśmy. Na otwarcie wystawy nie przyjechali prezesi z Warszawy i przepadła
szansa na trwałą współpracę w przyszłości.
Kondycja materialna kultury na Opolszczyźnie nie zależy tylko od tego, co
dzieje się w regionie. W całej Polsce muszą się zmienić zasady finansowania
kultury. Wszędzie na świecie banki i wielkie przedsiębiorstwa skupują dzieła
sztuki i tworzą prywatne galerie. To jest nie tylko snobizm na pomaganie
artystom. To się także opłaca w wymiarze biznesowym. Bo dzieło sztuki nigdy nie
traci na wartości, co przypomniał przy okazji wystawy "Ars Polonia" w
Opolu Wojciech Fibak, były tenisista, który sam jest dziś przedsiębiorcą i
kolekcjonerem sztuki. Był zresztą oczarowany opolską galerią. Na Zachodzie
kupowanie dzieł od artystów to dla przedsiębiorcy nie tylko prestiż, ale też
szansa na obniżenie podatków. W Polsce darowizny się nie opłacają, bo ktoś, kto
coś da na kulturę, musi jeszcze tłumaczyć się przed fiskusem. W takiej
niejasnej sytuacji przedsiębiorca woli niczego nie dawać, bo wtedy nie ma
kłopotów.
W Polsce sensownego systemu sponsorowania kultury ciągle brak. W Niemczech od
wojny obowiązuje zasada, że jeden procent wartości każdej inwestycji trzeba
przeznaczyć na kulturę. U nas takich regulacji nie ma. To jest pole do popisu
dla naszych parlamentarzystów. Przy przekazywaniu jednego procenta z podatku
mamy ogromną konkurencję w postaci działań charytatywnych skierowanych np. do
chorych dzieci i to jest zrozumiałe. Buntujemy się trochę, gdy w wyścigu o
względy darczyńcy wyprzedza nas sport.
Chcę powiedzieć bardzo wyraźnie: nigdzie na świecie kultura i sztuka nie jest
rzucona na żer wolnego rynku i nigdzie na świecie sama na siebie nie zarobi. A
już na pewno instytucje kultury nie poradzą sobie wtedy z zadaniami
edukacyjnymi, z kształtowaniem smaku społeczeństwa. Promowanie sztuki to nie
jest prosta sprzedaż towaru. W instytucjach kultury wyrastają artyści, ale
rosną też wrażliwi ludzie. Oni są wartością, która nie ma ceny.
Anna Potocka
Autorka jest historykiem sztuki. Urodzona w Czarnowąsach, studiowała we Wrocławiu. Od 28 lat pracuje w Opolu. Wcześniej w BWA, od 1992 roku w Galerii Sztuki Współczesnej, którą kieruje od 14 lat. Zainicjowała wystawę "Ars Polonia". Jest liderem projektu Festiwal Sztuki.
Zaistnieliśmy
też wtedy w TVP Kultura i w Telewizji Polonia. Dzięki temu do dziś odzywają się
do mnie artyści polscy z całego świata. Tamte doświadczenia pokazują, że
Opolszczyzna powinna się stale promować w Polsce. Tak jak w Opolu pojawiają się
reklamy wrocławskich czy śląskich teatrów i muzeów, tak nasze powinny być
widoczne w Polsce. Żeby dużo zyskać, trzeba dużo włożyć. Nie tylko pieniędzy, ale
też informacji i reklamy, w najlepszym sensie tego słowa.
NTO, 8.08.2008r.